Chmura jaka jest, każdy widzi. Rzecz w tym, że nie każda. Oprócz
typowych cirrusów i cumulusów na niebie od czasu do czasu pojawiają się
znacznie mniej znane, ale nie mniej efektowne zjawiska. Jednym z nich
jest roll cloud, chmura pozostająca dla naukowców sporą zagadką. Wygląda
jak poziomo ułożona rura o długości od kilku do nawet tysiąca
kilometrów, częstokroć zawieszona zaledwie na 100-200 metrach nad
ziemią, a szczegóły jej powstawania nie są jasne.
Co ciekawe, istnieje na świecie jedno specyficzne miejsce, w którym
częściej niż gdziekolwiek indziej - zwłaszcza w okresie od września do
listopada - można spodziewać się wystąpienia roll cloud. To zatoka
Karpentaria w północnej części Australii, dokąd ściągają między innymi
miłośnicy szybownictwa skuszeni możliwością obserwacji zjawiska.
#2. Piramidy ziemne
Większość osób, które po raz pierwszy widzą piramidy ziemne,
przeciera oczy ze zdumienia. No bo - po pierwsze - komu by się chciało
kłaść kamyki na tych wszystkich ziemnych stożkach? I - po drugie - skąd
się wzięły owe stożki, które miejscami sięgają nawet kilkunastu metrów
wysokości, a ich liczba gdzieniegdzie sięga tysięcy?
Piramidy ziemne powstają w rzeczywistości wskutek intensywnych
opadów deszczu na terenach o nietrwałym podłożu. Opadająca woda
wypłukuje drobne ziarna, aż wreszcie natrafi na odpowiednio duży okruch
skalny, którego nie jest w stanie „strącić”. Wówczas słup ziemi, na
której leży kamień, zostaje osłonięty jak parasolem, podczas gdy
materiał wokół dalej jest wymywany. Jeżeli proces zachodzi z
odpowiednią siłą, można zaobserwować tworzące się mniejsze lub większe
piramidy. Bardzo wyraźne przykłady znajdują się w Turcji, Bułgarii i
Rumunii.
#3. Penitenty
Z wyglądu przypominające nieco piramidy ziemne, penitenty nie mają
tak naprawdę z nimi nic wspólnego. Penitenty są bowiem zbudowane nie z
ziemi, a ze śniegu i lodu. Osiągają niekiedy nawet dwa metry wysokości.
Jak powstają? Nie ma co do tego pewności.
Specyficzne warunki - klimat, nasłonecznienie, suche powietrze -
sprawiają, że minimalne z początku ubytki w powierzchni lodu lub firnu
pogłębiają się wskutek zachodzącego topnienia. Powstałe zagłębienia
skupiają promienie słoneczne, przez co cały proces topnienia
przyspiesza ("dziura" topnieje szybciej niż lód położony dalej, na
powierzchni), aż wreszcie „rodzą się” zauważalne penitenty, na przykład
te najbardziej znane w Andach. Mimo iż niezwykle malownicze, są
zgryzotą nie tylko dla naukowców, ale i podróżników. Przejście przez
„zasłonę” z penitentów jest w wielu wypadkach niemal niewykonalne.
#4. Zwierzęcy deszcz
"Pogoda dla rybaków" to coś, o czym Jarek Kret jeszcze w prognozie
nie opowiadał, a zdarzały mu się bardzo odległe dygresje. Aby więc go
wyręczyć: od czasu do czasu w niektórych miejscach na świecie z nieba
spadają zwierzęta. Najczęściej ryby i inne niewielkie organizmy morskie,
ale czasem też lądowe kreatury - na przykład żaby. Jak to się dzieje?
Wyjaśnienie
przez długi czas stanowiło dla naukowców zagadkę, podejrzewano nawet,
że aby zobaczyć ryby spadające z nieba, trzeba zbyt długo przebywać na
słońcu. Ostatecznie jednak świat nauki przychylił się do oskarżenia
trąb powietrznych, które mają jakoby „zasysać” niewielkie zwierzęta,
windować je na duże wysokości, a następnie - razem z całymi masami
powietrza - przenosić w stosunkowo odległe rejony, by potem
zapoczątkować zrzut. Ostatnio na przykład - w styczniu 2012 roku rybi
desant nawiedził Filipiny.
#5. Błyskawice z Catatumbo
Burza z piorunami to malownicze zjawisko, które od czasu do czasu
przybiera nieoczekiwane kształty. Niejedna osoba przekonała się już o
dosłowności powiedzenia „niech mnie piorun trzaśnie”, niejeden dom i
niejedna stodoła spłonęła od wznieconego wyładowaniem ognia. Po dziś
dzień niektórzy na pierwsze oznaki nadciągającej burzy rzucają się po
różaniec. Tym osobom raczej nie proponuję przeprowadzki do Wenezueli.
Jest
bowiem w Wenezueli takie miejsce, położone u ujścia Catatumbo do
Maracaibo, gdzie piorunów jest znaaacznie więcej niż w Polsce.
Statystyka wskazuje, że na 365 dni w roku w tym regionie Wenezueli
przypada aż 160 dni burzowych. Co najbardziej osobliwe, obserwuje się
jedynie błyski, nie słychać zaś charakterystycznego huku. Boże, widzisz i
nie grzmisz...
Dlaczego wyładowania są tu tak częste? Ma to związek ze zderzeniem
dwóch skrajnie różnych mas powietrza - ciepłej znad jeziora Maracaibo
oraz lodowatej spływającej znad Andów.
#6. Pororoca - niebo i piekło surferów
Chyba ostatnim, z czym kojarzy się amazońska dżungla, jest tłum
surferów, charakterystyczny bardziej dla wybrzeży Australii czy Stanów
Zjednoczonych. Tymczasem rekordowe fale pojawiają się regularnie
właśnie u ujścia Amazonki i nazywane są pororoca, co znaczy "niszczący
huk". Z końcem lutego, kiedy poziom wody podnosi się, następuje
zderzenie mas spływających Amazonką z "oczekującymi" wodami
oceanicznymi, przez co w głąb rzeki wdziera się wielka fala, sięgająca
nawet 4-5 metrów wysokości. To właśnie pororoca, która - aby ulec
wygaszeniu - potrzebuje nieraz nawet kilkudziesięciu kilometrów. To
dzięki niej na jednej fali utrzymać się można nawet przez pół godziny!
Niebo dla surferów.

Jednak surfowanie po Amazonce wiąże się ze sporym ryzykiem. Na
sportowców, którym powinie się noga, czekają bowiem liczne krokodyle i
aligatory, piranie, anakondy, a nawet zapuszczające się w górę Amazonki
agresywne żarłacze. W rzece żyją też candiru, ryby, które - uwaga,
drastyczne - wciskają się w cewkę moczową, a z powodu kolców niemożliwe
jest ich bezstratne usunięcie. Zwabia je zapach moczu. A gdyby tego
było mało, południowoamerykańskie tropiki to siedlisko najpodlejszych
chorób, którymi bez szczepienia niezwykle łatwo się zarazić. Na domiar
złego wody Amazonki pełne są mułu, przez co bardziej przypominają
brunatny ściek. Piekło dla surferów.
Poza konkursem: na
zdjęciu poniżej widać przezroczyste, "czarne" wody Rio Negro w miejscu,
w którym rzeka ta uchodzi do zamulonej Amazonki. Potrzeba przynajmniej
kilkudziesięciu kilometrów, by wody wymieszały się do tego stopnia, że
niemożliwe jest odróżnienie ich gołym okiem.
#7. Kule Naga
Przyzwyczailiśmy się już, że zwykle coś spada nam na głowę. Jak nie
deszcz, to meteoryt albo inne nieszczęście. Znacznie rzadziej coś
odrywa się od powierzchni Ziemi, aby odlecieć ku górze. W Tajlandii nie
jest to aż tak niespotykane, jak mogłoby się wydawać. Od czasu do
czasu, zwłaszcza w październiku, ale i w innych miesiącach, z wody
"wyskakują" ogniste kule, które z początku wolno, a potem coraz
szybciej unoszą się do nieba, by po jakimś czasie zniknąć tak
niespodziewanie, jak się pojawiły. Jednej nocy można wtedy zaobserwować
nawet kilka tysięcy takich zdarzeń.
Geneza powstawania kul Naga
nie jest znana. Jeden z tajlandzkich naukowców zasugerował, jakoby za
"wystrzały" odpowiedzialne były soczewki metanu powstające przy dnie
rzeki, które to - w specyficznych warunkach unoszone ku powierzchni -
miały zapalać się w obecności tlenu. Problem w tym, że nie udało się
wyjaśnić, skąd na dnie Mekongu miałoby znaleźć się aż tyle metanu oraz
jak jego pęcherze - mimo licznych zawirowań wody - miałyby "w całości"
dotrzeć do powierzchni.
#8. Czerwone zakwity
O takich efektach specjalnych nawet nie śniło się scenarzystom
"Szczęk". Woda, która z dnia na dzień staje się jadowicie czerwona,
budzi strach u osób, które widzą ją po raz pierwszy. Trudno zresztą nie
mieć katastroficznych skojarzeń. Doświadczenie pokazuje jednak, że
skojarzenia te wcale nie są nieuzasadnione, bo zakwity wód w skrajnych
wypadkach okazują się fatalne w skutkach. Pierwszy powszechnie znany
przypadek z 1793 roku z Kolumbii kosztował życie ponad 100 osób, a
kolejne kilka tysięcy zdrowie. Jeden z najświeższych - na Borneo w
styczniu 2013 - przyczynił się do śmierci dwóch osób, które zjadły
skażone owoce morza.
Dlaczego woda tak gwałtownie zmienia kolor? Dzieje się tak z powodu
glonów, które w specyficznych, sprzyjających warunkach masowo
rozmnażają się, trując wodę i zabijając żyjące w niej organizmy.
Niekiedy niebezpieczne jest również przebywanie w sąsiedztwie skażonej
rzeki - istnieje ryzyko chorób układu oddechowego wywołanych wdychaniem
toksyn.
#9. Burzowe ognie św. Elma
Radio Łódź nie jest jedyną rozgłośnią, której prezenter pogody w
samym środku ogromnej śnieżycy opowiadał o bezchmurnym niebie i
słonecznym dniu. Mimo że do meteorologów można mieć nieco więcej
zaufania niż do wróżb wróża Macieja, warto zachować przynajmniej zdrowy
dystans (i kiedy Jarosław Kret zapowiada bezchmurny tydzień z
30-stopniowymi upałami, wziąć sztormiak, puchową kurtkę i falochron).
Tymczasem istnieją przesłanki, które pozwalają ze znacznie większym
prawdopodobieństwem przewidywać zmianę pogody. To między innymi ognie
św. Elma, niewielkie iskierki pojawiające się późnym wieczorem i nocą,
kiedy najłatwiej je zaobserwować.
Ponoć tak wyglądają PRAWDZIWE ognie św. Elma :).
Powstają na krawędziach przedmiotów, gdzie różnica ładunków
elektrycznych jest duża, co pozwala z dużą dozą prawdopodobieństwa
spodziewać się burzy. Same ognie św. Elma są zupełnie niegroźne, a
zobaczenie iskier wyskakujących z własnej ręki (bez uprzedniego
umieszczenia drugiej dłoni w kontakcie) to niezwykle interesujące
doświadczenie.
#10. Zorza polarna
W sprzyjających warunkach - zwłaszcza imprezowych - na niebie
zobaczyć można różne cuda. Na szczęście zorze polarne równie dobrze
obserwować można na trzeźwo co pod wpływem, bo nie dość, że są naukowo
zrozumiałym zjawiskiem, to jeszcze zdarzają się na tyle często, by ich
obserwacja nie stanowiła większego problemu. Mimo że powstają na
skrajnych szerokościach geograficznych, nieraz zaobserwować je można z
Polski. Czym są i jak powstają zorze polarne?
Zorze polarne to zjawiska świetlne o najczęściej zielonkawym lub
czerwonawym zabarwieniu, zmieniające się dynamicznie i rozciągające się
na setkach kilometrów. Powstają w wyniku przepływu ładunków
elektrycznych w jonosferze, nasilającego się m.in. w konsekwencji
rozbłysków na Słońcu.
Źródła: 1,
2,
3,
4
Zdjęcia: 1,
2,
3,
4,
5,
6,
7,
8,
9,
10,
11,
12,
13,
14,
15,
16,
17,
18,
19